jak już wcześniej wspomniałam, na porządny makijaż na co dzień nie mam czasu. zazwyczaj oko podkreślam jedynie kredką i tuszem. a jednak od święta, gdy wybieramy się gdzieś z małżem, podczas gdy on zajmuje się Lenką, ja mam chwilę, by pacnąć na oko coś więcej.
ostatnio przeprosiłam się z paragwajką, której dosyć dawno nie używałam. a szkoda, bo to wyjątkowo udana paletka :D
pokażę wam, co udało mi się zmalować :D
Translate
środa, 12 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
Models own po raz drugi i raczej ostatni.
kilka słów o bardzo ciekawym lakierze Models Own z serii mirrorball- dancing queen (142)
zacznę od tego, że miałam markę models own za taką troszkę lepszą. w końcu jeden lakier kosztuje 5 funtów. a to nie jest mało. bo Barry M, którego większość lakierów jest dosyć dobrej jakości ma lakiery po 2,99 i 3,99. a essie dla przykładu kosztuje 7,99. tak więc poprzeczka jest cenowo dosyć wysoko podniesiona, więc i oczekiwało by się lepszej jakości niż taki Barry M.
ale jeśli ktoś tego oczekuje, to się zawiedzie. może nie powinnam pisać opinii o całej linii lakierów na podstawie dwóch lakierów. ale dwa mnie bardzo rozczarowały i chyba nie chcę dawać im jeszcze jednej szansy.
pierwszy był purple blue. mimo rozpuszczalnikowego smrodu wydobywającego się z butelki, postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę. tym bardziej, że widząc kolekcję mirrorball dostałam oczopląsu. lakiery z tej serii wyglądają obłędnie. już miałam brać dwie butelki, ale coś mnie tknęło i poprzestałam na jednej. i dzięki bogu. bo ten lakier to istne nieporozumienie...
plusem lakierów MO jest to, że dostajemy je zafoliowane. więc mamy pewność, że nikt nam z zakupionym lakierem nie majstrował. dlatego też gdy dostajemy śmierdzący rozpuszczalnikiem lakier, lub ciągnącego się gluta, nasuwa się jedna myśl- że jest to wina producenta.
lakier dancing queen jest kombinacją brokatów o różnej wielkości, w kolorach: złotym, zielonym, niebieskim i srebrnej holograficznej folii.
(mój) lakier jest gęsty, nie posiada kuleczki do mieszania a aplikacja jest ciężka i trwa w nieskończoność. jedna warstwa może i by była ok, ale jako top i szału nie robi. żeby uzyskać zadowalający efekt położyłam trzy warstwy. przy czym między drugą a trzecią musiałam zrobić półgodzinną przerwę, bo nie chciał schnąć. po trzeciej jeszcze dwie godziny po aplikacji uszkodziłam pomalowany paznokieć i muszę powiedzieć, że nie wykonywałam żadnych skomplikowanych czynności domowych.
po trzech warstwach wręcz czułam jak ten glut odstaje od moich paznokci. utrudniona aplikacja i czas schnięcia zrobiły swoje i pomalowane paznokcie były dalekie od bycia gładkimi.
lakier wytrzymał u mnie aż jeden dzień. bo gdzieniegdzie coś się zahaczyło i oderwało, a gdzie indziej zahaczało mi ubrania i drapało doprowadzając mnie do szewskiej pasji.
zmywanie- nie muszę mówić. wiadomo jak to jest z brokatami :/
wydajność strasznie kiepska, bo po jednej aplikacji jedna czwarta butelki zniknęła.
tak naprawdę, to oprócz wizualnego efektu w butelce, ten lakier nie ma żadnych pozytywów.
i tak jak przy poprzednim pomyślałam, że to może moja butelka jest trefna, więc dam mu jeszcze szansę, to po tym, uważam, że szkoda mojego czasu i pieniędzy, na kolejnego models own.
0/5
wykorzystam go do lakierowej biżuterii, bo w tym przynajmniej się sprawdzi
| tu widać ubytek lakieru po dwóch warstwach |
niedziela, 2 czerwca 2013
nasz pierwszy dzień dziecka :D
kilka dni temu był dzień matki. dziś dzień dziecka.
w tym roku, oba te święta celebrowałam z innej perspektywy. nagle 26 maja stał się moim świętem, a w dzień dziecka od dziś co roku, ja będę musiała zadbać o atrakcje dla mojej pociechy. co prawda Helenka jest jeszcze za malutka, by zdawać sobie sprawę, że to jej święto, ale i tak nie przepuściłam okazji by kupić jej parę drobiazgów ;p
jednak główny prezent na dzień dziecka nie dotarł na czas, a czekam na niego jak na szpilkach. z ciekawości jak moja córcia zareaguje :D
jako, że ostatnio zaczyna być coraz bardziej ciekawa otaczającego ją świata i wszystkiego chciałaby dotknąć, jednak niestety jeszcze nie jest zbyt mobilna. ją to doprowadza do frustracji a ja mam cały czas ręce pełne roboty. bo a to na macie muszę jej podawać zabaweczki, a to ją trzymać tak, żeby wszystko widziała, więc nie ma mowy, żeby na chwilę usiąść i napić się w spokoju kawki :/
dlatego też po dłuższym zastanowieniu, postawiłam na zakup fotelika bumbo.
dzięki niemu, będzie mogła spędzić bezpiecznie trochę czasu siedząc i obserwując świat z innej pozycji. a dzięki dodatkowej tacce, będziemy mogli go używać również przy karmieniu.
tak więc teraz pozostaje nam czekać.
ale to nie koniec prezentów. oprócz jakiś drobiazgów typu kubeczki, ręczniczki i ubranka, mamusia siedzi wieczorami przy maszynie do szycia (nowa pasja youżyczki). no i ostatno wyszła mi spod igły nowa koleżanka dla Helenki- Zuzia. a teraz siedzę nad sukienka i kapelusikiem. w sam raz na lato w Polsce :)
a na koniec kilka zdjęć mojego największego szczęścia :)
w tym roku, oba te święta celebrowałam z innej perspektywy. nagle 26 maja stał się moim świętem, a w dzień dziecka od dziś co roku, ja będę musiała zadbać o atrakcje dla mojej pociechy. co prawda Helenka jest jeszcze za malutka, by zdawać sobie sprawę, że to jej święto, ale i tak nie przepuściłam okazji by kupić jej parę drobiazgów ;p
jednak główny prezent na dzień dziecka nie dotarł na czas, a czekam na niego jak na szpilkach. z ciekawości jak moja córcia zareaguje :D
jako, że ostatnio zaczyna być coraz bardziej ciekawa otaczającego ją świata i wszystkiego chciałaby dotknąć, jednak niestety jeszcze nie jest zbyt mobilna. ją to doprowadza do frustracji a ja mam cały czas ręce pełne roboty. bo a to na macie muszę jej podawać zabaweczki, a to ją trzymać tak, żeby wszystko widziała, więc nie ma mowy, żeby na chwilę usiąść i napić się w spokoju kawki :/
dlatego też po dłuższym zastanowieniu, postawiłam na zakup fotelika bumbo.
dzięki niemu, będzie mogła spędzić bezpiecznie trochę czasu siedząc i obserwując świat z innej pozycji. a dzięki dodatkowej tacce, będziemy mogli go używać również przy karmieniu.
tak więc teraz pozostaje nam czekać.
ale to nie koniec prezentów. oprócz jakiś drobiazgów typu kubeczki, ręczniczki i ubranka, mamusia siedzi wieczorami przy maszynie do szycia (nowa pasja youżyczki). no i ostatno wyszła mi spod igły nowa koleżanka dla Helenki- Zuzia. a teraz siedzę nad sukienka i kapelusikiem. w sam raz na lato w Polsce :)
a na koniec kilka zdjęć mojego największego szczęścia :)
sobota, 18 maja 2013
zakupowo
ostatnio zakupy kosmetyczne zeszły na dalszy tor. zawsze, gdy idę do bootsa czy superdruga to ląduję w alejce dzieciowej, zastanawiając się co jeszcze mogę kupić Helence. a szafy z kolorówką omijam i ostatnio okazało się, że wcale nie wiem co aktualnie w trawie piszczy.
we wtorek więc wybraliśmy się rodzinnie do metropolii na szoping. mimo wszystko Milton Keynes w porównaniu z naszą mieściną to jednak jest metropolia. no i boots i superdrug są porządnie zaopatrzone.
co prawda, gdy jeździmy z maleństwem, to jednak nie ma czasu porządnie połazić i poszperać (karmienia w szopingu ja uważam za stresujące, ludzie włażą i wyłażą, dzieciory się prują, czuje się presję, by szybciej skończyć, bo kolejka się robi). zazwyczaj nasza wyprawa ma stały przebieg- szybkie zakupki w szopingu, potem napad na polski sklep (bo u mnie na wsi też nie ma, więc trzeba się zaopatrzyć w polskie smaczki), a potem wizyta u małżowych siostrzeńców, gdzie mogę spokojnie przebrać i nakarmić Lenkę i jeszcze czasem nawet ululać na krótką drzemkę.
mój szybki szoping ograniczył się do funciaka (w którym szukałam śliniaka w formie kaftanika, bo zaczeliśmy rozszerzać dietę okrąglaczka, co jest bardzo ciekawym doświadczeniem i trzeba wszystko oblukać, popróbować i pomacać). śliniaka nie było, ale udało mi się tam kupić wkład do pudru wybielającego stili. kiedyś miałam ten puder i byłam bardzo zadowolona.
potem superdrug, do którego zawitałam w poszukiwaniu cekinowych lakierów Barry M i najnowszych maybellinów, bo u mnie na wsi ni widu ni słychu nowości, ale w ostateczności ich nie wzięłam, za to zakupiłam nowy tusz maybelline mega plush volum express, paletkę czterech pomadek sleeka- ballet i lakier essie- bahama mama. miałam jeszcze ochotę na paletkę siren, ale doszłam do wniosku, że czerwienie i pomarańcze są bardzo wyjściowe a mnie okazji do ich noszenia po prostu brak. więc się wstrzymałam.
następnie przeleciałam przez tk maxx w poszukiwaniu jakiś kosmetycznych barginów, ale takiej bryndzy na półkach to ja dawno nie widziałam. a ciuchowo to tk maxx nie jest dla mnie. nie znoszę szperania w szmatach. i nie ważne czy są nowe czy używane. to nie ma dla mnie znaczenia. nie cierpię szukać i już.
w bootsie zapatrzyłam się w zabawki dla malucha tak, że całkowicie straciłam poczucie rzeczywistości. Helenka sprowadziła mnie na ziemię, przypominając mi, że najwyższy czas na dydka, więc wyszłam bez niczego. no i tyle z tych zakupów. szaleństwo, nie ma co...
na szczęście jeszcze jest internet i czasami mamusia zamawia sobie co nie co. w tamtym tygodniu odebrałam czekającą na poczcie przesyłkę z iherba. do malutkiej rodzinki moich cudaczków z real techniques dołączył nowy braciszek- pędzel do pudru. love it! na razie jeszcze nie używałam do pudru, bo moja córcia uwielbia, gdy smyram ją nim po brzuszku ;p tak słodko się chichra, że szkoda mi go brudzić kosmetykami. ale jest wspaniale puszysty.
zamówiłam jeszcze serduszkowy róż physicians formula, taka moja mała zachciewajka, ale jak już doszedł, to zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jest mi potrzebny. w końcu mam thrrroba i róż z firmy bell, a jednak nie zbyt często ich używam, więc celowość posiadania kolejnego stoi pod znakiem zapytania. póki co ładnie się prezentuje w pudełeczku.
pamiętajcie, że na pierwsze zakupy na iherb macie 5 lub 10% zniżki używając kodu UWA554.
żeby całkowicie się zaspokoić zakupowo, zaopatrzyłam się w obuw sportowy. przy codziennych spacerach trzeba mieć coś wygodnego. szukałam jakiś normalnie wyglądających adidasów, bez kolorowych naszywek, odblaskowych sznurówek i tandetnej siatki z wierzchu. jakieś neutralne, nie rzucające się w oczy, najlepiej skórzane adiki. no i się trafiło.reeboki i to z serii easytone, o której marzyłam wieki temu. nie liczę na cud, wiem, że mnie wyszczuplą, dlatego dziecięce marzenia do tej pory zostały nie zrealizowane, no ale jak spełniły moje inne wymagania, to i te wyszczuplaki mogą być. kiedy do mnie dotarły, okazało się, że są z męskiej kolekcji, ale nie ma to dla mnie znaczenia, bo są idealne. całe czarne, skórzane bez szmacianych wstawek i tandetnych naszywek.
mam nadzieję, że będą wygodne :D
niewielkie te zakupy, ale muszę przyznać, że czuję się usatysfakcjonowana :D
we wtorek więc wybraliśmy się rodzinnie do metropolii na szoping. mimo wszystko Milton Keynes w porównaniu z naszą mieściną to jednak jest metropolia. no i boots i superdrug są porządnie zaopatrzone.
co prawda, gdy jeździmy z maleństwem, to jednak nie ma czasu porządnie połazić i poszperać (karmienia w szopingu ja uważam za stresujące, ludzie włażą i wyłażą, dzieciory się prują, czuje się presję, by szybciej skończyć, bo kolejka się robi). zazwyczaj nasza wyprawa ma stały przebieg- szybkie zakupki w szopingu, potem napad na polski sklep (bo u mnie na wsi też nie ma, więc trzeba się zaopatrzyć w polskie smaczki), a potem wizyta u małżowych siostrzeńców, gdzie mogę spokojnie przebrać i nakarmić Lenkę i jeszcze czasem nawet ululać na krótką drzemkę.
mój szybki szoping ograniczył się do funciaka (w którym szukałam śliniaka w formie kaftanika, bo zaczeliśmy rozszerzać dietę okrąglaczka, co jest bardzo ciekawym doświadczeniem i trzeba wszystko oblukać, popróbować i pomacać). śliniaka nie było, ale udało mi się tam kupić wkład do pudru wybielającego stili. kiedyś miałam ten puder i byłam bardzo zadowolona.
potem superdrug, do którego zawitałam w poszukiwaniu cekinowych lakierów Barry M i najnowszych maybellinów, bo u mnie na wsi ni widu ni słychu nowości, ale w ostateczności ich nie wzięłam, za to zakupiłam nowy tusz maybelline mega plush volum express, paletkę czterech pomadek sleeka- ballet i lakier essie- bahama mama. miałam jeszcze ochotę na paletkę siren, ale doszłam do wniosku, że czerwienie i pomarańcze są bardzo wyjściowe a mnie okazji do ich noszenia po prostu brak. więc się wstrzymałam.
następnie przeleciałam przez tk maxx w poszukiwaniu jakiś kosmetycznych barginów, ale takiej bryndzy na półkach to ja dawno nie widziałam. a ciuchowo to tk maxx nie jest dla mnie. nie znoszę szperania w szmatach. i nie ważne czy są nowe czy używane. to nie ma dla mnie znaczenia. nie cierpię szukać i już.
w bootsie zapatrzyłam się w zabawki dla malucha tak, że całkowicie straciłam poczucie rzeczywistości. Helenka sprowadziła mnie na ziemię, przypominając mi, że najwyższy czas na dydka, więc wyszłam bez niczego. no i tyle z tych zakupów. szaleństwo, nie ma co...
na szczęście jeszcze jest internet i czasami mamusia zamawia sobie co nie co. w tamtym tygodniu odebrałam czekającą na poczcie przesyłkę z iherba. do malutkiej rodzinki moich cudaczków z real techniques dołączył nowy braciszek- pędzel do pudru. love it! na razie jeszcze nie używałam do pudru, bo moja córcia uwielbia, gdy smyram ją nim po brzuszku ;p tak słodko się chichra, że szkoda mi go brudzić kosmetykami. ale jest wspaniale puszysty.
zamówiłam jeszcze serduszkowy róż physicians formula, taka moja mała zachciewajka, ale jak już doszedł, to zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jest mi potrzebny. w końcu mam thrrroba i róż z firmy bell, a jednak nie zbyt często ich używam, więc celowość posiadania kolejnego stoi pod znakiem zapytania. póki co ładnie się prezentuje w pudełeczku.
pamiętajcie, że na pierwsze zakupy na iherb macie 5 lub 10% zniżki używając kodu UWA554.
żeby całkowicie się zaspokoić zakupowo, zaopatrzyłam się w obuw sportowy. przy codziennych spacerach trzeba mieć coś wygodnego. szukałam jakiś normalnie wyglądających adidasów, bez kolorowych naszywek, odblaskowych sznurówek i tandetnej siatki z wierzchu. jakieś neutralne, nie rzucające się w oczy, najlepiej skórzane adiki. no i się trafiło.reeboki i to z serii easytone, o której marzyłam wieki temu. nie liczę na cud, wiem, że mnie wyszczuplą, dlatego dziecięce marzenia do tej pory zostały nie zrealizowane, no ale jak spełniły moje inne wymagania, to i te wyszczuplaki mogą być. kiedy do mnie dotarły, okazało się, że są z męskiej kolekcji, ale nie ma to dla mnie znaczenia, bo są idealne. całe czarne, skórzane bez szmacianych wstawek i tandetnych naszywek.
mam nadzieję, że będą wygodne :D
niewielkie te zakupy, ale muszę przyznać, że czuję się usatysfakcjonowana :D
piątek, 10 maja 2013
troszkę słonka dla bladolicych. E.L.F baked bronzer w kolorze st. lucia
zbierałam się do pisania przez ostatnie dwa tygodnie. ale autentycznie nie miałam o czym.
makijażu nie mam kiedy wykonać, chociaż mam kilka pomysłów i liczę na to, że uda mi się wkrótce coś zmalować, podczas kiedy małżu zajmie się Lenką. no bo niestety pozostawiona sama sobie nudzi się ogromnie i wykorzystuje nowo nabytą umiejętność- piszczenia w bardzo wysokich tonach.
paznokci ostatnio nie maluję :( czuję się taka naga ;p bez tej kolorowej powłoczki.
no ale nie dość, że pazury mi popękały wzdłuż i w poprzek, to jeszcze Helcia ząbkuje i muszę jej smarować dziąsełka. a nie będę jej wpychać pomalowanych paluchów do buzi.
swatche sleeków, no tak, przydałoby się, ale moja córka ma wyjątkową umiejętność wyczuwania, kiedy mamusia jest zajęta. więc jak uda mi się ja na chwilę czymś zająć, albo uśpić, wystarczy, ze zacznę się smarować a już mały ktoś komunikuje mi, że strasznie mu źle i trzeba wziąć kogoś na ręce ;p a no bywa, nikt nie mówił, że będzie lekko...
chciałam wam pokazać swoje wieczorne dłubanki, ale większość jeszcze czeka na elementy do wykończenia, więc i z tym muszę się wstrzymać.
czas wolny, jeśli taki posiadam, niestety muszę poświęcić na przysłowiowe pranie, sprzątanie i gotowanie. ciągle mam nadzieję, na chwilę by coś zmalować, zeswatchować, czy napisać, ale tych chwil brakuje. wybaczcie mi nieobecność, będę wracać kiedy tylko się da :)
dzisiaj napiszę kilka słów o kosmetyku, którego używam ostatnio codziennie i już mam jako tako wyrobioną o nim opinię.
bronzer. kosmetyk, który od niepamiętnych czasów musi się znajdować w mojej kosmetyczce.
tylko, że przeważnie trafiałam dosyć ciemny.
latem jak znalazł, ale zimą już nie tak bardzo :/ przy mojej jasnej karnacji daje przerysowany efekt. oczywiście rozwiązaniem jest używanie samego różu, ale to też nie jest najlepsza opcja dla mnie, bo moje poliki są wystarczająco różowe same w sobie, a w okresie zimowym niewiele trzeba, bym wyglądała jak rumiana dziełcha...
nie szukałam, a przypadkowo udało mi się znaleźć kolorystyczny ideał :)
mowa o wypiekanym bronzerze firmy elf, o najjaśniejszym odcieniu o nazwie st. lucia.
cena niska i zachęcająca (3,75), więc nawet się nie zastanawiałam, tylko wzięłam do wypróbowania.
i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona.
bronzer ten bardzo łatwo się nakłada, jest miękki i nie trzeba się namęczyć, żeby nabrać na pędzel odpowiednią ilość kosmetyku. jest dobrze napigmentowany i ma lekką perłową poświatę, która nie jest zbyt "nachalna" jak w niektórych kosmetykach tego typu, na które trafiłam.
kolor jest wręcz idealny do jasnej karnacji. dzięki temu kosmetyk ten spełnia swoją rolę: delikatnie podkreśla kości policzkowe, nadając twarzy zdrowy koloryt.
jest trwały. w moim przypadku testowany codziennie po kilka godzin, wytrzymywał bez zarzutu.
jedynie do opakowania można się przyczepić, bo jest marnej jakości, ale przy takiej niskiej cenie, jestem w stanie to przeboleć ;p
z resztą oceńcie same.
ja jestem zachwycona :)
makijażu nie mam kiedy wykonać, chociaż mam kilka pomysłów i liczę na to, że uda mi się wkrótce coś zmalować, podczas kiedy małżu zajmie się Lenką. no bo niestety pozostawiona sama sobie nudzi się ogromnie i wykorzystuje nowo nabytą umiejętność- piszczenia w bardzo wysokich tonach.
paznokci ostatnio nie maluję :( czuję się taka naga ;p bez tej kolorowej powłoczki.
no ale nie dość, że pazury mi popękały wzdłuż i w poprzek, to jeszcze Helcia ząbkuje i muszę jej smarować dziąsełka. a nie będę jej wpychać pomalowanych paluchów do buzi.
swatche sleeków, no tak, przydałoby się, ale moja córka ma wyjątkową umiejętność wyczuwania, kiedy mamusia jest zajęta. więc jak uda mi się ja na chwilę czymś zająć, albo uśpić, wystarczy, ze zacznę się smarować a już mały ktoś komunikuje mi, że strasznie mu źle i trzeba wziąć kogoś na ręce ;p a no bywa, nikt nie mówił, że będzie lekko...
chciałam wam pokazać swoje wieczorne dłubanki, ale większość jeszcze czeka na elementy do wykończenia, więc i z tym muszę się wstrzymać.
czas wolny, jeśli taki posiadam, niestety muszę poświęcić na przysłowiowe pranie, sprzątanie i gotowanie. ciągle mam nadzieję, na chwilę by coś zmalować, zeswatchować, czy napisać, ale tych chwil brakuje. wybaczcie mi nieobecność, będę wracać kiedy tylko się da :)
dzisiaj napiszę kilka słów o kosmetyku, którego używam ostatnio codziennie i już mam jako tako wyrobioną o nim opinię.
bronzer. kosmetyk, który od niepamiętnych czasów musi się znajdować w mojej kosmetyczce.
tylko, że przeważnie trafiałam dosyć ciemny.
latem jak znalazł, ale zimą już nie tak bardzo :/ przy mojej jasnej karnacji daje przerysowany efekt. oczywiście rozwiązaniem jest używanie samego różu, ale to też nie jest najlepsza opcja dla mnie, bo moje poliki są wystarczająco różowe same w sobie, a w okresie zimowym niewiele trzeba, bym wyglądała jak rumiana dziełcha...
nie szukałam, a przypadkowo udało mi się znaleźć kolorystyczny ideał :)
mowa o wypiekanym bronzerze firmy elf, o najjaśniejszym odcieniu o nazwie st. lucia.
cena niska i zachęcająca (3,75), więc nawet się nie zastanawiałam, tylko wzięłam do wypróbowania.
i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona.
| w słońcu |
bronzer ten bardzo łatwo się nakłada, jest miękki i nie trzeba się namęczyć, żeby nabrać na pędzel odpowiednią ilość kosmetyku. jest dobrze napigmentowany i ma lekką perłową poświatę, która nie jest zbyt "nachalna" jak w niektórych kosmetykach tego typu, na które trafiłam.
kolor jest wręcz idealny do jasnej karnacji. dzięki temu kosmetyk ten spełnia swoją rolę: delikatnie podkreśla kości policzkowe, nadając twarzy zdrowy koloryt.
jest trwały. w moim przypadku testowany codziennie po kilka godzin, wytrzymywał bez zarzutu.
jedynie do opakowania można się przyczepić, bo jest marnej jakości, ale przy takiej niskiej cenie, jestem w stanie to przeboleć ;p
| w słońcu |
| w cieniu |
| jest a jakby go nie było :) |
z resztą oceńcie same.
ja jestem zachwycona :)
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
youżyczkowe takie tam...
no i nastała wiosna. wreszcie. nie wiem, czy to za sprawą mojego pastelowego lakieru, ale nagle znikąd ją przywiało. jeszcze dwa dni temu wicher urywał głowę, a wózek pchał się sam, a tu nagle wczoraj słoneczko przyświeciło, że aż wstąpiła we mnie ogromna energia i chęć do wyjścia. zapakowałam Lenkę do karocy i pojechałyśmy w świat.
w parku radośnie harcowały dzieci a wiewiórki skakały po drzewach.
my skierowałyśmy kroki do jaskini zła, gdzie namiętnie i dobrowolnie zostawiam swoje niewielkie zasoby pieniężne. nie, nie jest to żaden sklep obuwniczy, z ciuchami ani drogeria, tylko zwykła pasmanteria w starym stylu. trafiłam tam ostatnio na przemiłą babeczkę, która doradziła mi w kilku kwestiach i niestety skusiła mnie na coś, co nie było w planach.
wyszłam stamtąd z kawałkiem bawełny na lalkę dla Helenki i nowym marzeniem o cudownej maszynie do szycia :(
obiecałam sobie, że kupię ją dopiero, jak pozbędę na ebayu się paru zalegających w domu rzeczy. może mnie to zmobilizuje do szybszego wzięcia się za pozbycie się kurzochłonów, niepotrzebnie zajmujących miejsce.
w ten sposób do urpagnionej lutownicy i kilku projektów czekających na realizację, dołączyła maszyna i kolejne projekty w kolejce. a niestety czasu nie przybywa :( no i już tylko cztery miesiące urlopu mi zostały, więc nie wiem kiedy znajdę czas na wszystko co bym chciała zrobić.
chociaż i tak delektuję się tym, że w ogóle ten czas mam. pracując na noce tak naprawdę rzadko kiedy był czas na cokolwiek.
wracając do spaceru- na sam koniec mamusia zrobiła sobie prezencik i wymieniając punkty z bootsa, przygarnęła trzy takie oto ślicznotki
ciekawa jestem tych żelków. jeszcze ich nie miałam. były ładne pastele, ale jednak zdecydowałam się na bardziej swoje kolory. takiej zieleni jeszcze nie mam, czerwieni nigdy dość, a brokat będzie fajnie wyglądał na wykończeniach i w lakierowej biżuterii. czerwień już mam na pazurach i powiem szczerze, że efekt jest super. rzeczywiście wykończenie typowe dla żelu. ale o tym przy innej okazji, bo ten lakier zasługuje na bliższe przedstawienie go, ale najpierw musi przejść "crash testy".
podsumowując- sezon wiosenny uważam za otwarty!!!
w parku radośnie harcowały dzieci a wiewiórki skakały po drzewach.
my skierowałyśmy kroki do jaskini zła, gdzie namiętnie i dobrowolnie zostawiam swoje niewielkie zasoby pieniężne. nie, nie jest to żaden sklep obuwniczy, z ciuchami ani drogeria, tylko zwykła pasmanteria w starym stylu. trafiłam tam ostatnio na przemiłą babeczkę, która doradziła mi w kilku kwestiach i niestety skusiła mnie na coś, co nie było w planach.
wyszłam stamtąd z kawałkiem bawełny na lalkę dla Helenki i nowym marzeniem o cudownej maszynie do szycia :(
obiecałam sobie, że kupię ją dopiero, jak pozbędę na ebayu się paru zalegających w domu rzeczy. może mnie to zmobilizuje do szybszego wzięcia się za pozbycie się kurzochłonów, niepotrzebnie zajmujących miejsce.
w ten sposób do urpagnionej lutownicy i kilku projektów czekających na realizację, dołączyła maszyna i kolejne projekty w kolejce. a niestety czasu nie przybywa :( no i już tylko cztery miesiące urlopu mi zostały, więc nie wiem kiedy znajdę czas na wszystko co bym chciała zrobić.
chociaż i tak delektuję się tym, że w ogóle ten czas mam. pracując na noce tak naprawdę rzadko kiedy był czas na cokolwiek.
wracając do spaceru- na sam koniec mamusia zrobiła sobie prezencik i wymieniając punkty z bootsa, przygarnęła trzy takie oto ślicznotki
![]() | |
| zdjęcie zrobione telefonem, przy sztucznym świetle, nie odzwierciedla w 100% kolorów tych lakierów, ale pokażę je jeszcze raz w zbliżeniu, przy najbliższej okazji |
podsumowując- sezon wiosenny uważam za otwarty!!!
czwartek, 4 kwietnia 2013
pastelowo na przywołanie wiosny. L'oreal french riviera, no. 601
święta, święta i po świętach...
ciężko było przebrnąć poprzedni tydzień. autentycznie miałam dość wszystkiego ze"świąteczny" w tytule. świąteczne zakupy, świąteczne sprzątanie, świąteczne gotowanie. a to wszystko ciężko połączyć z opieką nad Helenką, bo właśnie zaczyna się okres dostrzegania wszystkiego w koło i interesowania się tym. interesowaniem się, ale na pięć minut...
tak więc nawet próba gotowania razem, po kilku minutach kończyła się fiaskiem, bo Helence nudziło się w kuchni. najlepiej jakby mama ją zabawiała cały dzień. śpiewała i głaskała. byle nie za długo.
dlatego wieczorami, jak już kończyłam na spokojnie przygotowywania, siadałam i delektowałam się możliwością wyciągnięcia kopyt ;p
ale jak już przyszły te święta, to bardzo fajnie razem spędziliśmy ten czas.
ale dzisiaj wpis nie o świętach ;p dzisiaj pokażę wam z bliska jeden z lakierów, który jakiś czas temu wygrałam w facebookowym konkursie L'oreala (szczegóły tu)
bardzo lubię pastelowe kolory, jednak często, przy mojej jasnej skórze, wyglądają po prostu trupio. dlatego mimo, że miętowa zieleń była must have w tamtym roku, nie zdecydowałam się na zakup lakieru w tym odcieniu.
mimo to, znalazł się w moim posiadaniu i o dziwo nie wygląda najgorzej. chociaż do ulubionych nie należy.
kilka słów o samym lakierze. jest to odcień nr. 601- french riviera.
buteleczka o pojemności 5 ml. koszt- ?? szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. podejrzewam, że coś koło 5 funtów.
kolor w buteleczce wydaje się być miętową zielenią, w rzeczywistości bliższy jest delikatnemu błękitowi. widoczne są także pobłyskujące na niebiesko drobinki, które jednak nie są aż tak zauważalne na paznokciu, jak w butelce.
lakier ma precyzyjny, szeroki pędzelek, dzięki któremu bardzo łatwo się go aplikuje.
zaletą jest także fakt, że lakier szybko schnie i ładnie trzyma się na paznokciach.
przy moim pierwszym podejściu wytrzymał pięć dni bez odprysków i startych końcówek. no ale trzeba przyznać, że to był okres ciąży, kiedy leżałam bykiem i nie było zbyt wielu okazji, by przetestować lakier w warunkach ekstremalnych. ostatnio wytrwał trzy dni, przy normalnych czynnościach domowych.
bardzo możliwe, że jeszcze trochę by wytrwał gdybym nie podważała paznokciami ogniwek biżuterii. a że nie lubię łatanych paznokci, a poodpryskiwanych jeszcze bardziej, potraktowałam go zmywaczem.
dwie warstwy wystarczają, by ładnie pokryć płytkę, choć gdzieniegdzie widać smugi i prześwitujące końcówki.
jestem pozytywnie zaskoczona tymi "szczeniaczkami" od L'oreala. szkoda, że taka mała pojemność. moja ocena to 4/5.
jeśli chodzi o zdjęcia- wybaczcie pomalowane gdzieniegdzie skórki. wprowadziłam zasadę- żadnych lakierów i zmywaczy w pobliżu dziecka, więc paznokcie maluję wieczorem i nie zawsze dostrzegam niedociągnięcia. a w dzień nawet nie mam kiedy wyczyścić skórek.
a wam jak minęły święta??
ciężko było przebrnąć poprzedni tydzień. autentycznie miałam dość wszystkiego ze"świąteczny" w tytule. świąteczne zakupy, świąteczne sprzątanie, świąteczne gotowanie. a to wszystko ciężko połączyć z opieką nad Helenką, bo właśnie zaczyna się okres dostrzegania wszystkiego w koło i interesowania się tym. interesowaniem się, ale na pięć minut...
tak więc nawet próba gotowania razem, po kilku minutach kończyła się fiaskiem, bo Helence nudziło się w kuchni. najlepiej jakby mama ją zabawiała cały dzień. śpiewała i głaskała. byle nie za długo.
dlatego wieczorami, jak już kończyłam na spokojnie przygotowywania, siadałam i delektowałam się możliwością wyciągnięcia kopyt ;p
ale jak już przyszły te święta, to bardzo fajnie razem spędziliśmy ten czas.
ale dzisiaj wpis nie o świętach ;p dzisiaj pokażę wam z bliska jeden z lakierów, który jakiś czas temu wygrałam w facebookowym konkursie L'oreala (szczegóły tu)
bardzo lubię pastelowe kolory, jednak często, przy mojej jasnej skórze, wyglądają po prostu trupio. dlatego mimo, że miętowa zieleń była must have w tamtym roku, nie zdecydowałam się na zakup lakieru w tym odcieniu.
mimo to, znalazł się w moim posiadaniu i o dziwo nie wygląda najgorzej. chociaż do ulubionych nie należy.
kilka słów o samym lakierze. jest to odcień nr. 601- french riviera.
buteleczka o pojemności 5 ml. koszt- ?? szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. podejrzewam, że coś koło 5 funtów.
kolor w buteleczce wydaje się być miętową zielenią, w rzeczywistości bliższy jest delikatnemu błękitowi. widoczne są także pobłyskujące na niebiesko drobinki, które jednak nie są aż tak zauważalne na paznokciu, jak w butelce.
lakier ma precyzyjny, szeroki pędzelek, dzięki któremu bardzo łatwo się go aplikuje.
zaletą jest także fakt, że lakier szybko schnie i ładnie trzyma się na paznokciach.
przy moim pierwszym podejściu wytrzymał pięć dni bez odprysków i startych końcówek. no ale trzeba przyznać, że to był okres ciąży, kiedy leżałam bykiem i nie było zbyt wielu okazji, by przetestować lakier w warunkach ekstremalnych. ostatnio wytrwał trzy dni, przy normalnych czynnościach domowych.
bardzo możliwe, że jeszcze trochę by wytrwał gdybym nie podważała paznokciami ogniwek biżuterii. a że nie lubię łatanych paznokci, a poodpryskiwanych jeszcze bardziej, potraktowałam go zmywaczem.
dwie warstwy wystarczają, by ładnie pokryć płytkę, choć gdzieniegdzie widać smugi i prześwitujące końcówki.
jestem pozytywnie zaskoczona tymi "szczeniaczkami" od L'oreala. szkoda, że taka mała pojemność. moja ocena to 4/5.
jeśli chodzi o zdjęcia- wybaczcie pomalowane gdzieniegdzie skórki. wprowadziłam zasadę- żadnych lakierów i zmywaczy w pobliżu dziecka, więc paznokcie maluję wieczorem i nie zawsze dostrzegam niedociągnięcia. a w dzień nawet nie mam kiedy wyczyścić skórek.
a wam jak minęły święta??
Subskrybuj:
Posty (Atom)


